Ludzie zmieniają miejsca, miejsca zmieniają ludzi. I zaczęły falować domy
Jeszcze w latach 50. było tu szczere pole. Ugory, kartofliska, łąki, na
których pasły się krowy. Kawałek dalej szumiało morze, złociła się plaża,
wczasowali turyści, a tu sielsko, anielsko i odludnie. Dopiero w latach 60.
zaczęły powstawać bloki, dając początek osiedlu, zwanemu Przymorzem.
Najpierw
stanęły domy przy ul. Śląskiej, trzy- i czteropiętrowe, potem ośmiopiętrowe
punktowce w okolicach ul. gen. Bora-Komorowskiego. A potem zaczęły wykluwać się
z ziemi rozfalowane molochy, dla kilku tysięcy mieszkańców.
- Moi rodzice, Wanda i Marian Scheffsowie, zamieszkali na gdańskim Przymorzu
w roku 1964 - wspomina Adam Scheffs. - W czteropiętrowym bloku przy ulicy
Dąbrowszczaków. Miałem wówczas 14 lat i pamiętam, że okolica przypominała wielki
plac budowy. Krajobraz był wręcz księżycowy, a wszechobecny piach wciskał się do
mieszkań przez wszystkie szczeliny.
Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale
Przymorze było wtedy handlową pustynią. Pani Wanda Scheffs, która pracowała w
Stoczni im. Lenina, robiła więc zakupy w centrum Gdańska. A ponieważ do jej
dzielnicy nie kursowały autobusy i tramwaje, a przystanek SKM Gdańsk Przymorze
był dopiero w planach, synowie Adam i Tadeusz musieli, o określonej godzinie,
stawić się na stacji Gdańsk Oliwa, gdzie zatrzymywały się pociągi, by odebrać
ciężkie siatki.
Oni również zaczęli niebawem odczuwać problemy z
transportem.
- Żeby dostać się do szkół średnich w śródmieściu, musieliśmy…
kupić samochód - opowiada Adam Scheffs. - W roku 1967 sprawiliśmy sobie skodę
1102, z 1949 roku.
Stawiali ją przed oknami, żeby mieć na nią oko. Tuż za
nią, obok nowo zbudowanego budynku szkoły, wyrastał falowiec przy ul. Lumumby,
dziś - Jagiellońskiej. Śledzili jego budowę od początku, bo nic widoku nie
zasłaniało, nawet jedno drzewko.
Teraz zieleń się rozbuchała, ale falowiec i
budynek szkoły, w której mieści się m.in. liceum ogólnokształcące dla dorosłych,
widać z okien jak dawniej. Widać też alejkę spacerową, z ławeczkami, a jak się
bardziej wychylić, to i parking, na którym niejeden samochód stoi.
- Teściów
już przy Dąbrowszczaków nie ma - mówi Czesława Scheffs. - On zmarł w roku 1982,
ona - w 2001. Ale są w naszej pamięci i na zdjęciach. Jak choćby tym z 1967
roku, na tle bloków przy ulicy Czerwony Dwór, róg Chłopskiej.
Te bloki, choć
zyskały nową elewację i skąpały się w nieco bujniejszej zieleni, też niemal się
nie zmieniły. I wygladają jak 40 lat temu.
W pobliżu - przy ul. Obrońców
Wybrzeża rozciąga się natomiast najdłuższy dom w Polsce, a podobno i w Europie.
Ma 830 metrów długości, 11 pięter, 16 klatek, 1600 mieszkań i 4 tys. lokatorów.
Powstawał na raty, w latach 1970-1973. Gdy pierwsi mieszkańcy wprowadzali się do
własnego "M", pół kilometra dalej jeszcze trwała budowa. Swoje "pięć minut" miał
falowiec w październiku 1991 roku, gdy jedną z rodzin - Kowalskich, zresztą -
odwiedziła brytyjska księżniczka Anna, córka królowej Elżbiety II. Gościła w
zwyczajnym M-3 i podobno tak się przestraszyła windy, że w drodze powrotnej
zeszła z dziesiątego piętra pieszo.
Teraz w okolicy odnowionego falowca
wyrosły równie kolorowe wysokościowce, górujące nad Przymorzem. Powstają
kolejne, bo dzielnica staje się coraz bardziej modna, a właściciele mieszkań na
najwyższych piętrach bez mrugnięcia okiem płacą też za widoki. Rywalizują więc
deweloperzy i inni inwestorzy. Powstają kompleksy mieszkaniowe, centra handlowe
i rozliczne sklepy. Przymorze od dawna nie jest handlową pustynią, komunikacja
funkcjonuje dosyć sprawnie, a niemal każda rodzina ma własny
samochód.
Falowce nadal budzą emocje wśród przybyszów z innych części świata.
A ten najdłuższy do tego stopnia, że padła propozycja, by wpisać go do rejestru
zabytków. Kto wie, może się kiedyś uda. W końcu projektowano go tak, by
wytrzymał 99 lat.