Ludzie zmieniają miejsca, miejsca zmieniają ludzi. I zaczęły falować domy

25.05.2008

Jeszcze w latach 50. było tu szczere pole. Ugory, kartofliska, łąki, na których pasły się krowy. Kawałek dalej szumiało morze, złociła się plaża, wczasowali turyści, a tu sielsko, anielsko i odludnie. Dopiero w latach 60. zaczęły powstawać bloki, dając początek osiedlu, zwanemu Przymorzem.
Najpierw stanęły domy przy ul. Śląskiej, trzy- i czteropiętrowe, potem ośmiopiętrowe punktowce w okolicach ul. gen. Bora-Komorowskiego. A potem zaczęły wykluwać się z ziemi rozfalowane molochy, dla kilku tysięcy mieszkańców.

- Moi rodzice, Wanda i Marian Scheffsowie, zamieszkali na gdańskim Przymorzu w roku 1964 - wspomina Adam Scheffs. - W czteropiętrowym bloku przy ulicy Dąbrowszczaków. Miałem wówczas 14 lat i pamiętam, że okolica przypominała wielki plac budowy. Krajobraz był wręcz księżycowy, a wszechobecny piach wciskał się do mieszkań przez wszystkie szczeliny.
Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale Przymorze było wtedy handlową pustynią. Pani Wanda Scheffs, która pracowała w Stoczni im. Lenina, robiła więc zakupy w centrum Gdańska. A ponieważ do jej dzielnicy nie kursowały autobusy i tramwaje, a przystanek SKM Gdańsk Przymorze był dopiero w planach, synowie Adam i Tadeusz musieli, o określonej godzinie, stawić się na stacji Gdańsk Oliwa, gdzie zatrzymywały się pociągi, by odebrać ciężkie siatki.
Oni również zaczęli niebawem odczuwać problemy z transportem.
- Żeby dostać się do szkół średnich w śródmieściu, musieliśmy… kupić samochód - opowiada Adam Scheffs. - W roku 1967 sprawiliśmy sobie skodę 1102, z 1949 roku.
Stawiali ją przed oknami, żeby mieć na nią oko. Tuż za nią, obok nowo zbudowanego budynku szkoły, wyrastał falowiec przy ul. Lumumby, dziś - Jagiellońskiej. Śledzili jego budowę od początku, bo nic widoku nie zasłaniało, nawet jedno drzewko.
Teraz zieleń się rozbuchała, ale falowiec i budynek szkoły, w której mieści się m.in. liceum ogólnokształcące dla dorosłych, widać z okien jak dawniej. Widać też alejkę spacerową, z ławeczkami, a jak się bardziej wychylić, to i parking, na którym niejeden samochód stoi.
- Teściów już przy Dąbrowszczaków nie ma - mówi Czesława Scheffs. - On zmarł w roku 1982, ona - w 2001. Ale są w naszej pamięci i na zdjęciach. Jak choćby tym z 1967 roku, na tle bloków przy ulicy Czerwony Dwór, róg Chłopskiej.
Te bloki, choć zyskały nową elewację i skąpały się w nieco bujniejszej zieleni, też niemal się nie zmieniły. I wygladają jak 40 lat temu.
W pobliżu - przy ul. Obrońców Wybrzeża rozciąga się natomiast najdłuższy dom w Polsce, a podobno i w Europie. Ma 830 metrów długości, 11 pięter, 16 klatek, 1600 mieszkań i 4 tys. lokatorów. Powstawał na raty, w latach 1970-1973. Gdy pierwsi mieszkańcy wprowadzali się do własnego "M", pół kilometra dalej jeszcze trwała budowa. Swoje "pięć minut" miał falowiec w październiku 1991 roku, gdy jedną z rodzin - Kowalskich, zresztą - odwiedziła brytyjska księżniczka Anna, córka królowej Elżbiety II. Gościła w zwyczajnym M-3 i podobno tak się przestraszyła windy, że w drodze powrotnej zeszła z dziesiątego piętra pieszo.
Teraz w okolicy odnowionego falowca wyrosły równie kolorowe wysokościowce, górujące nad Przymorzem. Powstają kolejne, bo dzielnica staje się coraz bardziej modna, a właściciele mieszkań na najwyższych piętrach bez mrugnięcia okiem płacą też za widoki. Rywalizują więc deweloperzy i inni inwestorzy. Powstają kompleksy mieszkaniowe, centra handlowe i rozliczne sklepy. Przymorze od dawna nie jest handlową pustynią, komunikacja funkcjonuje dosyć sprawnie, a niemal każda rodzina ma własny samochód.
Falowce nadal budzą emocje wśród przybyszów z innych części świata. A ten najdłuższy do tego stopnia, że padła propozycja, by wpisać go do rejestru zabytków. Kto wie, może się kiedyś uda. W końcu projektowano go tak, by wytrzymał 99 lat.

Oryginalny tekst - Tutaj